wtorek, 14 maja 2013

O rozumieniu poezji

Nienawidzę tego zjawiska. Gardzę interpretacją poezji. Właściwie nie samą interpretacją, bo tą każdy potrafi wysnuć na własny rachunek, ale doszukiwania się jednej, wiodącej myśli autora, jednej właściwej linii zrozumienia tekstu. I przeanalizowania, linijka po linijce. W moim odczuciu, dobra poezja jest po prostu zrozumiała. Nie twierdzę, że ma to być proste jak drut i pozbawione wszelkich zawoalowanych metafor. Wręcz przeciwnie, ma być ich pełno! Jednakże dobra poezja, to taka, podczas czytania której dostajesz cios w ryj, wytrąca Cię z równowagi, ścina z nóg. I przede wszystkim dostrzegasz w niej to coś, wyciągasz z niej ukryty pod stertą przenośni i symboliki sens. Gardzę więc wierszami, których nie rozumiem, a mówiąc ściślej - których nie potrafię zrozumieć. Wracając do sedna - zagłębianie się w gąszcze domniemanych ukrytych znaczeń w przejrzystych, czasem wręcz doskonałych utworach lirycznych przyprawia mnie o mdłości. Tego typu zbędna analiza i nadinterpretacja pozbawia poezję swojego uroku i zniechęca młodzież do jej czytania, ba, zmusza ją do myślenia, że nie są w stanie jej zrozumieć. Dodajmy do tego wspomniane wcześniej wytyczanie jednej mainstreamowej ścieżki interpretacji i mamy jak na talerzu podane przyczyny gnicia liryki w dzisiejszych czasach. Śmiem twierdzić, że każdy w danym utworze zauważa coś innego, każdy dostrzega coś na swój sposób wartościowego. To, plus jakiś bliżej niezidentyfikowany wspólny mianownik posiadany przez dzieła wybitne, świadczy o wielkości tego rodzaju literackiego. Poezja jest odbiciem naszych najskrytszych myśli na tafli skażonego niesmakiem społeczeństwa z maleńką pomocą autorskich "hintów", nakierowujących nasze mózgi na odpowiednie tory, mające pomóc Nam zrozumieć istotę rzeczy.

Jeszcze coś. Od pewnego czasu subskrybuję na FB pewien profil promujący szeroko pojęte czytelnictwo. Od czasu do czasu publikowane są tam wytwory wyobraźni młodego poety, mojego rówieśnika. Przy każdej publikacji zbiera się grupka zaledwie kilku komentarzy pochlebnych oraz cała nawałnica pełnych nienawiści opinii, od oskarżeń o prostotę po zarzuty grafomanii i całkowitego braku talentu. Nie zamierzam tu przesadnie bronić samego autora - jego wiersze są różne, raz lepsze, raz gorsze (być może nawet podobne do moich, na szczęście w te nikt wglądu nie miał:)). Chodzi mi o to, że ten młody chłopak, początkujący autor, wciąż się rozwija, buduje swojego wewnętrznego poetę i pracuje nad stylem wyrażania siebie. I rozumiem, że w dzisiejszych bardzo mobilnych czasach z niewysłowioną łatwością przychodzi Nam wcielić się w rolę krytyka. Ale może wystarczy napisać "nie podoba mi się", "popracuj jeszcze nad tym". Szczera krytyka pozbawiona jadu i zawiści. Nie torpedujmy ludzi, którzy pragną się rozwijać. O wiele łatwiej zaatakować amatora niż wyrazić niepochlebne zdanie o dziele z tzw. kanonu. A może powinno być na odwrót.

Czarek

piątek, 10 maja 2013

Saul Bellow - Dangling Man

Nadchodzi pierwszy mniej lub bardziej sensowny post. Będzie o książkach/literaturze, niepotrzebne skreślić. Lubię czytać. Jednego miesiąca czytam więcej, innego mniej, takie życie. Mimo to, myślę, że ta szeroko pojęta literatura odgrywa znaczną rolę w moim życiu, więc od czasu do czasu postaram się naskrobać kilka pochlebnych zdań o czymś, co wywarło na mnie pozytywne wrażenie i zrugać to, co totalnie gówniane. Na tych słowach warto zakończyć wstęp i przejść do meritum, do trzewi tego wywodu.
Saul Bellow - Dangling Man. Nie będę rozwodził się tutaj nad życiorysem tego twórcy, wiecie do czego służy Wikipedia. W całkiem odległej przeszłości (o ile osoba w moim wieku ma prawo się tak wyrazić) autor ten zapewnił mi kilka dni rozrywki za sprawą książki pt. "Dar Humboldta", której zawartość pochłonąłem, przyswoiłem, i to tyle. Życie toczy się dalej, Bellow nie znalazł się w gronie moich ulubieńców (nie jest to Capote, nie czarujmy się). Mimo to, zaistniał w mojej świadomości na tyle, że gdy tylko ujrzałem jego nazwisko na wydziałowym spisie lektur, z nieskrywaną przyjemnością sięgnąłem po kolejny z jego tworów (mówiąc ściślej, pierwszy, który wyszedł spod jego pióra). To, co nastąpiło później mógłbym określić jako wybuchowo-elektryzująca mieszanka fascynacji i poczucia absolutu. K****, jakie to było dobre. Werter dwudziestego wieku. Powieść ta złapała mnie za głowę i roztrzaskała mi czaszkę o mur pobliskiej kamienicy. O co w tym w ogóle chodzi? Nie wiem, po prostu nie wiem. Nie wie tego też główny bohater. Joseph, bo tak mu na imię, nie radzi sobie z życiem na wszystkich jego płaszczyznach. Mówiąc potocznie, wiele rzeczy mu nie leży. Walka z konformizmem, poczucie alienacji - gdzieś to już wszystko było, gdzieś już o tym czytaliśmy. Ale nigdzie i przenigdy w takim stopniu! Podczas lektury wielokrotnie przejechał po mnie emocjonalny walec. Czytelnik przeżywa wszystko razem z bohaterem, a po odejściu od książki wszelkie uczucia odczuwa ze zdwojoną siłą i, tak jak Joseph, analizuje każdy najdrobniejszy szczególik swojego życia. Zdecydowanie nie dla ludzi o słabych nerwach. A propos tychże - przeglądając kilka blogów, spotkałem się z przytłaczającą większością negatywnych opinii na temat tejże książki i jej potwornie irytującego protagonisty. Gimme a break. Argumenty typu "ten koleś jest irytujący, niezdecydowany, ma problemy ze sobą" nie powinny mieć prawa bytu, więc nawet na nie nie splunę. Serio, kto pisze takie rzeczy? "Buszujący w Zbożu" to też gówno? Zawsze wychodziłem z założenia, że na nasze życia składają się różnego rodzaju przemyślenia i rozterki, problemy większe i mniejsze. Tak więc, sam/a jesteś k**** irytujący/a, kimkolwiek jesteś. Druga sprawa - "straszny z niego mizogin". Nie przeczę, główny bohater pierwszej powieści Bellowa ma i z tym problem; jest, jak to mawiają moje znajome, strasznym dziadem. Weźmy jednak pod uwagę, że miał NIEWYOBRAŻALNE problemy psychiczne. Utknął w próżni, nie był w stanie przedrzeć się przez gówno wylewające się na ulice Stanów Zjednoczonych w latach 40. dwudziestego wieku, nie potrafił utorować sobie drogi. Dziadem był bez dwóch zdań, ale był też porażką. Joseph-porażka, Joseph-Człowiek-Nikt. Pasożyt. I przede wszystkim postać fikcyjna, o czym wielu czytelników zdaje się zapominać wyrażając przesycone niechęcią opinie. Jedynym kompletnie słabym elementem książki jest pociąg bohatera do tzw. służby wojskowej, głupota. Biorę jednak poprawkę na to, że koleś był jednym wielkim, chwiejnie stąpającym po ziemi problemem, uosobieniem niemocy. 
Podsumowując: jeśli chcesz po raz kolejny dojść do wniosku, że świat jest zły, a człowiek jest istotą kruchą, polecam z całego serca. Jeśli nie, sięgnij po to i tak. Warto. Być może i Ciebie przejedzie jakiś walec.

Czarek

PS. Będę cenzurował brzydkie wyrazy. Warto sprawiać wrażenie osoby kulturalnej.
PS2. Słowa "gówno" nie zaliczam do grona słów nieprzystających osobie kulturalnej.

czwartek, 9 maja 2013

Nowy dzień

Cześć. Jeśli to czytasz, prawdopodobnie zabłądziłeś/aś w Internecie i przez zupełny przypadek trafiłeś/aś na ten beznadziejnie zapowiadający się blog. Możliwe też, że należysz do grupy moich znajomych i zainteresowało Cię, co ma do powiedzenia ten dziwny koleś, o ile ma coś w ogóle. Uprzedzę twoje domysły - raczej nie mam nic do powiedzenia, a na pewno nic odkrywczego. Po co w takim razie piszę? Nie wiem. Chyba liczę na to, że próba przelania "na papier" tego, z czego artykulacją sobie nie radzę, pomoże mi uporządkować parę spraw i myśli w głowie. Być może nawet łudzę się, że przez ten marny pisarski eksperyment w jakiś sposób się rozwinę, czegoś się nauczę. A o czym będzie ten blog? Na ten temat mam więcej do powiedzenia, lecz w ramach lakonicznej zapowiedzi, niech będzie, że o wszystkim co mnie interesuje lub dotyczy. Wiem, że nie zgodzisz się ze mną w wielu kwestiach, Czytelniku. Wierzę jednak, że o to chodzi w życiu - o kwestionowanie, o zaprzeczanie tego, co prosi się o zaprzeczenie. Tym też się zajmę. Chwaleniem tego, co dobre; kwestionowaniem tego, co pożałowania godne.

Czarek

PS. Będę przeklinał. Bo lubię.