sobota, 26 października 2013

Król jest tylko jeden

Całym sercem kocham The Clash. W niezbyt odległej przeszłości wydawało mi się, że należy znać ich twórczość na wylot, aby móc nazwać się punkiem. Dziś wiem, że to kompletna bzdura, lecz i tak doceniam ich muzyczny geniusz. I choć czerpię ogromną przyjemność z odsłuchu wszelkich nietuzinkowych eksperymentów brzmieniowych w wykonaniu tej kapeli, z ich elastycznych kombinacji gatunkowych i stylistycznych, najbliższe mojemu sercu jest ich pierwsze (arcy-)dzieło, płyta długogrająca z 1977 roku. Dlaczego?
a) gustuję w prostym punku 
b) jest to wyśmienity album
c) wybieram oba warianty.
Poza tym, The Clash uważam za definicję punk rocka - jest tu melodia, rytm, odrobina rock'n'rolla, ale też pewnego rodzaju surowość, prostota, wstrzemięźliwość w kwestii brzmienia. Strummer potęguje to piorunujące wrażenie niezwykle dosadną, prostolinijną warstwą liryczną, a jego wyjątkowa charyzma to tylko kolejny smaczek składający się na wielkość tego wydawnictwa. Ukazanie się tego albumu uważam za moment przełomowy w historii muzyki rozrywkowej, a samą płytę za kamień milowy, wyznacznik nowej epoki, nagranie definiujące. Kim są kurwa Sex Pistols? Zdaję sobie sprawę, że moja wypowiedź może rozśmieszyć (albo przynajmniej zdziwić) fanatyków kultowego London Calling lub pozostałych tworów grupy (które również uwielbiam, każdą z nich), z każdą płytą oddalającej się w stronę coraz to bardziej finezyjnych nurtów muzycznych. Zdania nie zmienię, bo... odsyłam do podpunktów a), b) i c).

Wkrótce oddam się dłuższym formom ekspresji.



Czarek

czwartek, 10 października 2013

Nowa droga gnicia

Życie w sposób odwrotnie proporcjonalny do reszty stada sprawia mi niewysłowioną przyjemność. Uwielbiam negować sztucznie utkane koncepcje i schematy powielane przez ogół społeczeństwa. Za jedną z takich bzdur uważam zawieranie małżeństw, a właściwie nadawanie nadprzyrodzonej mocy samemu aktowi zawarcia małżeństwa oraz magicznemu dniu ślubu. Jestem w wieku, w którym większość rówieśników mających głowę na karku (subiektywna opinia) nie spieszy się z podjęciem tej „najważniejszej decyzji w życiu”; istnieją jednak wyjątki, zwłaszcza na moim rodzinnym osiedlu, których to już sporo się naoglądałem dzięki uprzejmości mediów społecznościowych. Nie chodzi mi o krytykę pragnień czy marzeń drugiej osoby, wręcz przeciwnie – jeśli marzy Ci się piękna ceremonia zaślubin i wesela, zajebiście, trzymam kciuki! Ale na miłość LUDZKĄ, niech będzie to ceremonia symboliczna. Symbol czegoś trwającego od pewnego czasu i mającego trwać nadal (tu też trzymam kciuki), a nie jakiegoś pieprzonego nowego rozdziału w życiu. Powodzenia na nowej drodze życia - taki komentarz dane mi było ujrzeć pod przeuroczym zdjęciem weselnym jednej z moich twarzoksiążkowych znajomych. Moje pytanie: co nowego będzie miało miejsce w życiach tych dwóch osób uwiecznionych na wspomnianej fotografii? Jakie spotkają ich zmiany, oprócz kilku formalności i nowego nazewnictwa w papierkach? Moim zdaniem, ta mistyczna nowa droga życia mogła pojawić się kilka chwil wstecz. Boli mnie takie myślenie i operowanie wąskimi, niedającymi pola do popisu dla rozumu konceptami. Ludzie, przestańcie traktować ślub/związek małżeński jako swego rodzaju portal do szczęśliwej przyszłości w miłości. To chyba tak nie działa.



Czarek

piątek, 27 września 2013

Powrót do życia + impresje

Nie planowałem tak długiej przerwy. Ten nieplanowany odwyk od pisania przyczynił się jednak do wielu pozytywnych zmian w moim spojrzeniu na świat. W ciągu ostatnich kilku tygodni w moim niezbyt ekscytującym życiu doszło do wielu zawiłych zawirowań, które zostawiły po sobie niezwykle trwały ślad w mojej głowie. Dokonałem gruntownego przewartościowania opinii i poglądów w kwestiach uczuć, relacji międzyludzkich, spojrzenia na przyszłość i karierę, rozwoju osobistego, indywidualizmu czy miejsca jednostki w społeczeństwie i na świecie. Mam nadzieję, że uda mi się poruszyć te zagadnienia w niedalekiej przyszłości, gdyż planuję regularną aktualizację treści tego bloga (proszę, trzymajcie kciuki!). Być może tym razem się uda. Tymczasem, aby ponownie nie usłyszeć, że zamieszczam krótkie notki o niczym, podzielę się z Tobą i Tobą muzyką, którą się w ostatnim czasie zachłysnąłem. Jako, że muzyka przeważająca na moich głośnikach oscyluje w granicach punk rocka i jego pochodnych, wspomnę więc o wydawnictwach w tym właśnie klimacie (choć, nie ukrywam, zdarza mi się też odpłynąć przy modnym hipsterstwie czy indie smętach).
Pierwsza z płyt, która wywierciła mi w głowie dziurę nie do załatania to EP Xtra Raw kapeli Angel Du$t z Baltimore. Jest to dla mnie podwójnie ciekawy twór, po pierwsze z powodu niezwykle energicznych kompozycji (tak, użyłem tego słowa w odniesieniu do punkowej płyty), w moich uszach hołdującym klasykom po linii Ramones czy Misfits (z lekką domieszką Kalifornii); po drugie, ze względu na skład zespołu, złożonego z grajków znanych z kapel o o wiele bardziej hardcore'owym wydźwięku. To powinno zamknąć gęby wszystkim malkontentom wszędzie doszukującym się zerwanego pomostu między punkiem a hc. Słychać, że po drodze im z takim graniem i świetnie się tym bawią. Szybkie, proste numery, niewymagająca tematyka (laski, laski, miłość?). Jak nie słyszysz w tym ani grama Ramones, no to uszy masz w jelitach, cytując Ostrego. Druga rzecz, która od kilku dni króluje na mojej playliście, to nowy album emowców z LA, Touché Amoré - Is Survived By. Piękna płyta, bez dwóch zdań. Oczywiście, można im zarzucić brak pomysłowości i oklepaną formułę tworzenia utworów, lecz ja nie widzę w tym problemu - ta formuła do mnie trafia. Według mnie jest to płyta dojrzała; smutna, ale nie skąpana w rozpaczy, nie do tego stopnia co jej poprzedniczki. Choć nadal obficie emocjonalna i skłaniająca do porządnej refleksji i uronienia kilku łez. Warta przesłuchania.
To by było na tyle. Czekajcie na więcej głupot i Waszego straconego czytelniczego czasu.



Czarek

sobota, 10 sierpnia 2013

Dziura w głowie

Wakacje to zabójczy czas, zabójczy dla twórczości, wszelkich kreatywnych działań, dla jakiegokolwiek pomysłu na siebie. Wydawać by się mogło, że to brednie; co więcej, jestem pewien, że przeważająca część społeczeństwa ma mnie w tej chwili za co najmniej idiotę. Prawdopodobnie za kilka lat, gdy rozpocznę regularne, pracownicze życie (jeśli będę miał to szczęście w nieszczęściu i znajdę pracę), czytając te słowa złapię się za głowę i pierdolnę nią kilka razy o ekran. Tony wolnego czasu, pustych dni gotowych do wypchania, wypełnienia po brzegi rozwijającymi zajęciami maści wszelakiej. W trakcie ubiegłego roku akademickiego moim jedynym marzeniem było mieć te kilka minut dla siebie. Gdy wreszcie mnie nimi obdarowano, nie umiem się z nimi obchodzić. Nie potrafię efektywnie gospodarować czasem wolnym. Staram się jak mogę, wylewam siódme poty nad starannie zaplanowanym grafikiem, mającym usprawnić moje działania. Wciąż jednak zmagam się z niedosytem. Zwłaszcza, że przed tym przeklętym okresem wypoczynku byłem w stanie, wykorzystując minimum podzielności uwagi, robić tysiąc rzeczy na sekundę. Chyba potrzebuję nad sobą bata, rozsądnej dawki stresu i pośpiechu, by nie stanąć w miejscu. Dlatego też ze zniecierpliwieniem wyczekuję powrotu do miasta moich studiów (choć na to wpływ ma także inny, nieporównywalnie ważniejszy aspekt mojego życia). Z niepokojem zauważam, że znienawidzony przeze mnie syndrom dzisiejszych czasów, wielkomiejskiego, ściśniętego życia o przyspieszonym tempie, zaciska na mnie swoje oślizgłe łapy. Oby był to chwilowy kaprys.



Czarek

wtorek, 16 lipca 2013

Płacz vol.1

Gdy zakładałem tego bloga, marzyły mi się regularne wizyty i regularny wkład w jego rozwój, uwiecznianie tysiąca myśli, mniej lub bardziej wartościowych. Wielokrotnie usiłowałem wskrzesić w sobie chociaż szczątkowy zapał do kolejnego wpisu. Zderzyłem się jednak ze ścianą, z murem nie do przeskoczenia - moim brakiem polotu, a przynajmniej tak skłonna jest to ocenić moja wybitnie autokrytyczna natura. Ogromnie podziwiam osoby będące w stanie tworzyć na zawołanie, pozbawione wyrazistych bodźców czy inspiracji. Choć może w tym tkwi istota pisania i tworzenia w ogóle - na odnajdywaniu inspiracji w otaczającym nas, często skrajnie błahym świecie. Dziś przegrywam tę walkę do zera. Jutro wyruszam w krótką podróż, by chwilę później wyruszyć w następną, z nadzieją na napełnienie głowy wrażeniami wartymi upamiętnienia w kilkuset znakach. Do usłyszenia więc, do przeczytania; macie za sobą jakąś minutę zmarnowanego czasu.
Warto zwrócić uwagę, że napisałem względnie treściwą notkę o niczym konkretnym. To już jakiś postęp. Brzmi to maksymalnie naiwnie, ale chyba traktuję to jako pewien rodzaj terapii, mającej otworzyć jakieś twórcze czakramy w moim mózgu. Whatever.


Czarek

czwartek, 13 czerwca 2013

Humor

Dawno mnie tu nie było, uczelnia mnie zabija. Moje życie społeczne przestało istnieć, chociaż chyba to lubię. Nie jestem za to fanem tego jebanego życia w pośpiechu i napychania sobie głowy wiedzą, której mieć nie chcę, a muszę. W takich chwilach lubię uraczyć się czymś lekkostrawnym. Mam na myśli kino. Komediowe; lekkie, łatwe i przyjemne. Lubię oglądać filmy. Na pewno nie jestem kinomanem, nie zarywam nocy, by obejrzeć galę rozdania Oscarów ani nie wciągam minimum 3 filmów dziennie. Po prostu zdarza mi się coś obejrzeć.
Mój gust jest bliżej niesprecyzowany. Oprócz ambitnego kina bułgarskiego z lat 80-tych i innych filmów w jidysz, lubię też prostszą rozrywkę, komedię. Podobno niektórzy z wiekiem mają mniejszą tolerancję na "kretynizmy"; widocznie ja rozwijam się w przeciwnym kierunku, żeby nie powiedzieć "cofam się". Żyję dla humoru, żyję, by się śmiać. Nie uwłaczając filmom głębokim niczym Bajkał, to głównie komedie przywracają ludziom wiarę w szczęście, napychają nam kieszenie radością. Dzięki mojej sympatii do tego gatunku, trafiłem na twórczość Judda Apatowa. Judd ma dar, dar mieszania poważnych kwestii egzystencjalnych z rozbrajającym humorem.
Dlaczego polecam jego filmy?
1. Łączą gorycz z prostolinijnym humorem, życiową porażkę z totalną głupotą. Wybuchowa mieszanka.
2. Traktują o życiu. Jeśli choć jedna z przedstawionych w nich sytuacji nie miała miejsca w życiu Twoim lub Twoich bliskich, to masz dziwne życie, serio.
3. Jeśli jesteś antysemit(k)ą, ale masz przeczucie, że jesteś w stanie zapałać sympatią do narodu żydowskiego, odpal niezwłocznie którąś z jego produkcji. Co drugi aktor lub bohater to prześmieszny wyznawca Jahwe. Choć zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że znienawidzisz ich jeszcze bardziej, uświadamiając sobie jak gruby hajs robią na totalnej głupocie. Sorry bro/sis.
Być może jestem zwyczajnie głupi i płytki lubując się w takich filmach. Pewnie wielu z Was (spośród tych którzy mnie znają), ma mnie za pierwszorzędnego idiotę, klauna, czy po prostu gościa, który stara się być śmieszny, lecz z mizernym skutkiem. Być może. Ale ukrywanie się z gustem to większa głupota. Kawały o pierdzeniu to sztuka.

                                                                      Czarek

wtorek, 14 maja 2013

O rozumieniu poezji

Nienawidzę tego zjawiska. Gardzę interpretacją poezji. Właściwie nie samą interpretacją, bo tą każdy potrafi wysnuć na własny rachunek, ale doszukiwania się jednej, wiodącej myśli autora, jednej właściwej linii zrozumienia tekstu. I przeanalizowania, linijka po linijce. W moim odczuciu, dobra poezja jest po prostu zrozumiała. Nie twierdzę, że ma to być proste jak drut i pozbawione wszelkich zawoalowanych metafor. Wręcz przeciwnie, ma być ich pełno! Jednakże dobra poezja, to taka, podczas czytania której dostajesz cios w ryj, wytrąca Cię z równowagi, ścina z nóg. I przede wszystkim dostrzegasz w niej to coś, wyciągasz z niej ukryty pod stertą przenośni i symboliki sens. Gardzę więc wierszami, których nie rozumiem, a mówiąc ściślej - których nie potrafię zrozumieć. Wracając do sedna - zagłębianie się w gąszcze domniemanych ukrytych znaczeń w przejrzystych, czasem wręcz doskonałych utworach lirycznych przyprawia mnie o mdłości. Tego typu zbędna analiza i nadinterpretacja pozbawia poezję swojego uroku i zniechęca młodzież do jej czytania, ba, zmusza ją do myślenia, że nie są w stanie jej zrozumieć. Dodajmy do tego wspomniane wcześniej wytyczanie jednej mainstreamowej ścieżki interpretacji i mamy jak na talerzu podane przyczyny gnicia liryki w dzisiejszych czasach. Śmiem twierdzić, że każdy w danym utworze zauważa coś innego, każdy dostrzega coś na swój sposób wartościowego. To, plus jakiś bliżej niezidentyfikowany wspólny mianownik posiadany przez dzieła wybitne, świadczy o wielkości tego rodzaju literackiego. Poezja jest odbiciem naszych najskrytszych myśli na tafli skażonego niesmakiem społeczeństwa z maleńką pomocą autorskich "hintów", nakierowujących nasze mózgi na odpowiednie tory, mające pomóc Nam zrozumieć istotę rzeczy.

Jeszcze coś. Od pewnego czasu subskrybuję na FB pewien profil promujący szeroko pojęte czytelnictwo. Od czasu do czasu publikowane są tam wytwory wyobraźni młodego poety, mojego rówieśnika. Przy każdej publikacji zbiera się grupka zaledwie kilku komentarzy pochlebnych oraz cała nawałnica pełnych nienawiści opinii, od oskarżeń o prostotę po zarzuty grafomanii i całkowitego braku talentu. Nie zamierzam tu przesadnie bronić samego autora - jego wiersze są różne, raz lepsze, raz gorsze (być może nawet podobne do moich, na szczęście w te nikt wglądu nie miał:)). Chodzi mi o to, że ten młody chłopak, początkujący autor, wciąż się rozwija, buduje swojego wewnętrznego poetę i pracuje nad stylem wyrażania siebie. I rozumiem, że w dzisiejszych bardzo mobilnych czasach z niewysłowioną łatwością przychodzi Nam wcielić się w rolę krytyka. Ale może wystarczy napisać "nie podoba mi się", "popracuj jeszcze nad tym". Szczera krytyka pozbawiona jadu i zawiści. Nie torpedujmy ludzi, którzy pragną się rozwijać. O wiele łatwiej zaatakować amatora niż wyrazić niepochlebne zdanie o dziele z tzw. kanonu. A może powinno być na odwrót.

Czarek