Nadchodzi pierwszy mniej lub bardziej sensowny post. Będzie o książkach/literaturze, niepotrzebne skreślić. Lubię czytać. Jednego miesiąca czytam więcej, innego mniej, takie życie. Mimo to, myślę, że ta szeroko pojęta literatura odgrywa znaczną rolę w moim życiu, więc od czasu do czasu postaram się naskrobać kilka pochlebnych zdań o czymś, co wywarło na mnie pozytywne wrażenie i zrugać to, co totalnie gówniane. Na tych słowach warto zakończyć wstęp i przejść do meritum, do trzewi tego wywodu.
Saul Bellow - Dangling Man. Nie będę rozwodził się tutaj nad życiorysem tego twórcy, wiecie do czego służy Wikipedia. W całkiem odległej przeszłości (o ile osoba w moim wieku ma prawo się tak wyrazić) autor ten zapewnił mi kilka dni rozrywki za sprawą książki pt. "Dar Humboldta", której zawartość pochłonąłem, przyswoiłem, i to tyle. Życie toczy się dalej, Bellow nie znalazł się w gronie moich ulubieńców (nie jest to Capote, nie czarujmy się). Mimo to, zaistniał w mojej świadomości na tyle, że gdy tylko ujrzałem jego nazwisko na wydziałowym spisie lektur, z nieskrywaną przyjemnością sięgnąłem po kolejny z jego tworów (mówiąc ściślej, pierwszy, który wyszedł spod jego pióra). To, co nastąpiło później mógłbym określić jako wybuchowo-elektryzująca mieszanka fascynacji i poczucia absolutu. K****, jakie to było dobre. Werter dwudziestego wieku. Powieść ta złapała mnie za głowę i roztrzaskała mi czaszkę o mur pobliskiej kamienicy. O co w tym w ogóle chodzi? Nie wiem, po prostu nie wiem. Nie wie tego też główny bohater. Joseph, bo tak mu na imię, nie radzi sobie z życiem na wszystkich jego płaszczyznach. Mówiąc potocznie, wiele rzeczy mu nie leży. Walka z konformizmem, poczucie alienacji - gdzieś to już wszystko było, gdzieś już o tym czytaliśmy. Ale nigdzie i przenigdy w takim stopniu! Podczas lektury wielokrotnie przejechał po mnie emocjonalny walec. Czytelnik przeżywa wszystko razem z bohaterem, a po odejściu od książki wszelkie uczucia odczuwa ze zdwojoną siłą i, tak jak Joseph, analizuje każdy najdrobniejszy szczególik swojego życia. Zdecydowanie nie dla ludzi o słabych nerwach. A propos tychże - przeglądając kilka blogów, spotkałem się z przytłaczającą większością negatywnych opinii na temat tejże książki i jej potwornie irytującego protagonisty. Gimme a break. Argumenty typu "ten koleś jest irytujący, niezdecydowany, ma problemy ze sobą" nie powinny mieć prawa bytu, więc nawet na nie nie splunę. Serio, kto pisze takie rzeczy? "Buszujący w Zbożu" to też gówno? Zawsze wychodziłem z założenia, że na nasze życia składają się różnego rodzaju przemyślenia i rozterki, problemy większe i mniejsze. Tak więc, sam/a jesteś k**** irytujący/a, kimkolwiek jesteś. Druga sprawa - "straszny z niego mizogin". Nie przeczę, główny bohater pierwszej powieści Bellowa ma i z tym problem; jest, jak to mawiają moje znajome, strasznym dziadem. Weźmy jednak pod uwagę, że miał NIEWYOBRAŻALNE problemy psychiczne. Utknął w próżni, nie był w stanie przedrzeć się przez gówno wylewające się na ulice Stanów Zjednoczonych w latach 40. dwudziestego wieku, nie potrafił utorować sobie drogi. Dziadem był bez dwóch zdań, ale był też porażką. Joseph-porażka, Joseph-Człowiek-Nikt. Pasożyt. I przede wszystkim postać fikcyjna, o czym wielu czytelników zdaje się zapominać wyrażając przesycone niechęcią opinie. Jedynym kompletnie słabym elementem książki jest pociąg bohatera do tzw. służby wojskowej, głupota. Biorę jednak poprawkę na to, że koleś był jednym wielkim, chwiejnie stąpającym po ziemi problemem, uosobieniem niemocy.
Podsumowując: jeśli chcesz po raz kolejny dojść do wniosku, że świat jest zły, a człowiek jest istotą kruchą, polecam z całego serca. Jeśli nie, sięgnij po to i tak. Warto. Być może i Ciebie przejedzie jakiś walec.
Czarek
PS. Będę cenzurował brzydkie wyrazy. Warto sprawiać wrażenie osoby kulturalnej.
PS2. Słowa "gówno" nie zaliczam do grona słów nieprzystających osobie kulturalnej.