Gdy zakładałem tego bloga, marzyły mi się regularne wizyty i regularny wkład w jego rozwój, uwiecznianie tysiąca myśli, mniej lub bardziej wartościowych. Wielokrotnie usiłowałem wskrzesić w sobie chociaż szczątkowy zapał do kolejnego wpisu. Zderzyłem się jednak ze ścianą, z murem nie do przeskoczenia - moim brakiem polotu, a przynajmniej tak skłonna jest to ocenić moja wybitnie autokrytyczna natura. Ogromnie podziwiam osoby będące w stanie tworzyć na zawołanie, pozbawione wyrazistych bodźców czy inspiracji. Choć może w tym tkwi istota pisania i tworzenia w ogóle - na odnajdywaniu inspiracji w otaczającym nas, często skrajnie błahym świecie. Dziś przegrywam tę walkę do zera. Jutro wyruszam w krótką podróż, by chwilę później wyruszyć w następną, z nadzieją na napełnienie głowy wrażeniami wartymi upamiętnienia w kilkuset znakach. Do usłyszenia więc, do przeczytania; macie za sobą jakąś minutę zmarnowanego czasu.
Warto zwrócić uwagę, że napisałem względnie treściwą notkę o niczym konkretnym. To już jakiś postęp. Brzmi to maksymalnie naiwnie, ale chyba traktuję to jako pewien rodzaj terapii, mającej otworzyć jakieś twórcze czakramy w moim mózgu. Whatever.
Czarek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz