piątek, 27 września 2013

Powrót do życia + impresje

Nie planowałem tak długiej przerwy. Ten nieplanowany odwyk od pisania przyczynił się jednak do wielu pozytywnych zmian w moim spojrzeniu na świat. W ciągu ostatnich kilku tygodni w moim niezbyt ekscytującym życiu doszło do wielu zawiłych zawirowań, które zostawiły po sobie niezwykle trwały ślad w mojej głowie. Dokonałem gruntownego przewartościowania opinii i poglądów w kwestiach uczuć, relacji międzyludzkich, spojrzenia na przyszłość i karierę, rozwoju osobistego, indywidualizmu czy miejsca jednostki w społeczeństwie i na świecie. Mam nadzieję, że uda mi się poruszyć te zagadnienia w niedalekiej przyszłości, gdyż planuję regularną aktualizację treści tego bloga (proszę, trzymajcie kciuki!). Być może tym razem się uda. Tymczasem, aby ponownie nie usłyszeć, że zamieszczam krótkie notki o niczym, podzielę się z Tobą i Tobą muzyką, którą się w ostatnim czasie zachłysnąłem. Jako, że muzyka przeważająca na moich głośnikach oscyluje w granicach punk rocka i jego pochodnych, wspomnę więc o wydawnictwach w tym właśnie klimacie (choć, nie ukrywam, zdarza mi się też odpłynąć przy modnym hipsterstwie czy indie smętach).
Pierwsza z płyt, która wywierciła mi w głowie dziurę nie do załatania to EP Xtra Raw kapeli Angel Du$t z Baltimore. Jest to dla mnie podwójnie ciekawy twór, po pierwsze z powodu niezwykle energicznych kompozycji (tak, użyłem tego słowa w odniesieniu do punkowej płyty), w moich uszach hołdującym klasykom po linii Ramones czy Misfits (z lekką domieszką Kalifornii); po drugie, ze względu na skład zespołu, złożonego z grajków znanych z kapel o o wiele bardziej hardcore'owym wydźwięku. To powinno zamknąć gęby wszystkim malkontentom wszędzie doszukującym się zerwanego pomostu między punkiem a hc. Słychać, że po drodze im z takim graniem i świetnie się tym bawią. Szybkie, proste numery, niewymagająca tematyka (laski, laski, miłość?). Jak nie słyszysz w tym ani grama Ramones, no to uszy masz w jelitach, cytując Ostrego. Druga rzecz, która od kilku dni króluje na mojej playliście, to nowy album emowców z LA, Touché Amoré - Is Survived By. Piękna płyta, bez dwóch zdań. Oczywiście, można im zarzucić brak pomysłowości i oklepaną formułę tworzenia utworów, lecz ja nie widzę w tym problemu - ta formuła do mnie trafia. Według mnie jest to płyta dojrzała; smutna, ale nie skąpana w rozpaczy, nie do tego stopnia co jej poprzedniczki. Choć nadal obficie emocjonalna i skłaniająca do porządnej refleksji i uronienia kilku łez. Warta przesłuchania.
To by było na tyle. Czekajcie na więcej głupot i Waszego straconego czytelniczego czasu.



Czarek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz