Życie w sposób odwrotnie proporcjonalny do reszty stada sprawia mi niewysłowioną przyjemność. Uwielbiam negować sztucznie utkane koncepcje i schematy powielane przez ogół
społeczeństwa. Za jedną z
takich bzdur uważam zawieranie małżeństw, a właściwie nadawanie
nadprzyrodzonej mocy samemu aktowi zawarcia małżeństwa oraz magicznemu
dniu ślubu. Jestem w wieku, w którym większość rówieśników
mających głowę na karku (subiektywna opinia) nie spieszy się z
podjęciem tej „najważniejszej decyzji w życiu”; istnieją jednak
wyjątki, zwłaszcza na moim rodzinnym osiedlu, których to już
sporo się naoglądałem dzięki uprzejmości mediów
społecznościowych. Nie chodzi mi o krytykę pragnień czy marzeń
drugiej osoby, wręcz przeciwnie – jeśli marzy Ci się piękna
ceremonia zaślubin i wesela, zajebiście, trzymam kciuki! Ale na
miłość LUDZKĄ, niech będzie to ceremonia symboliczna. Symbol
czegoś trwającego od pewnego czasu i mającego trwać nadal (tu też
trzymam kciuki), a nie jakiegoś pieprzonego nowego rozdziału w życiu.
Powodzenia na nowej drodze życia - taki komentarz dane mi było
ujrzeć pod przeuroczym zdjęciem weselnym jednej z
moich twarzoksiążkowych znajomych. Moje pytanie: co nowego będzie
miało miejsce w życiach tych dwóch osób uwiecznionych na
wspomnianej fotografii? Jakie spotkają ich zmiany, oprócz kilku formalności
i nowego nazewnictwa w papierkach? Moim zdaniem, ta mistyczna
nowa droga życia mogła pojawić się kilka chwil wstecz. Boli mnie takie myślenie i operowanie wąskimi, niedającymi pola do
popisu dla rozumu konceptami. Ludzie, przestańcie traktować ślub/związek małżeński jako swego rodzaju portal do
szczęśliwej przyszłości w miłości. To chyba tak nie działa.
Czarek
Nic innego nie przychodzi mi do głowy
OdpowiedzUsuńhttp://i.stack.imgur.com/jiFfM.jpg
No ok!
OdpowiedzUsuń