czwartek, 10 października 2013

Nowa droga gnicia

Życie w sposób odwrotnie proporcjonalny do reszty stada sprawia mi niewysłowioną przyjemność. Uwielbiam negować sztucznie utkane koncepcje i schematy powielane przez ogół społeczeństwa. Za jedną z takich bzdur uważam zawieranie małżeństw, a właściwie nadawanie nadprzyrodzonej mocy samemu aktowi zawarcia małżeństwa oraz magicznemu dniu ślubu. Jestem w wieku, w którym większość rówieśników mających głowę na karku (subiektywna opinia) nie spieszy się z podjęciem tej „najważniejszej decyzji w życiu”; istnieją jednak wyjątki, zwłaszcza na moim rodzinnym osiedlu, których to już sporo się naoglądałem dzięki uprzejmości mediów społecznościowych. Nie chodzi mi o krytykę pragnień czy marzeń drugiej osoby, wręcz przeciwnie – jeśli marzy Ci się piękna ceremonia zaślubin i wesela, zajebiście, trzymam kciuki! Ale na miłość LUDZKĄ, niech będzie to ceremonia symboliczna. Symbol czegoś trwającego od pewnego czasu i mającego trwać nadal (tu też trzymam kciuki), a nie jakiegoś pieprzonego nowego rozdziału w życiu. Powodzenia na nowej drodze życia - taki komentarz dane mi było ujrzeć pod przeuroczym zdjęciem weselnym jednej z moich twarzoksiążkowych znajomych. Moje pytanie: co nowego będzie miało miejsce w życiach tych dwóch osób uwiecznionych na wspomnianej fotografii? Jakie spotkają ich zmiany, oprócz kilku formalności i nowego nazewnictwa w papierkach? Moim zdaniem, ta mistyczna nowa droga życia mogła pojawić się kilka chwil wstecz. Boli mnie takie myślenie i operowanie wąskimi, niedającymi pola do popisu dla rozumu konceptami. Ludzie, przestańcie traktować ślub/związek małżeński jako swego rodzaju portal do szczęśliwej przyszłości w miłości. To chyba tak nie działa.



Czarek

2 komentarze: